Cisza i spokój – towar deficytowy

Siedzę.

Sama. W ciszy lekko zakłócanej przez telewizor w sąsiednim pokoju.

Jestem w szlafroku. Jest godzina 10:32. Przed chwilą wstałam. O zgrozo! Potem długo moczyłam swe ciało w wannie pełnej piany. Nieśpiesznie.

Powoli. Bez spięcia. Przemieszczam się po pustym mieszkaniu. Odkrywam, że dobrze mi. Niebiosa! Jak mi dobrze.

Dziedzic u dziadków. Spadkobierczyni w żłobku. Ja mam kilka dni wolnego. I wyjeżdżam! Oddalam się od mego domostwa. Jestem OKROPNA!!!!! Tak mi dobrze z tą myślą!

Kilka dni tylko dla mnie. Dla mojej przyjaciółki. Bez mleka z miodem. Bez serków. Bez nawoływania maaaaamoooooooo. Bez zupy kalafiorowej. Bez ciastoliny, farbek i naklejek.

Z winem. Może z papierosem. Z nocnym gadaniem nie wiedzieć po co. Z niezdrowym jedzeniem. Z przemęczeniem.

Budzi się moje alter ego. Uśmiecham się do niego. Przytulam mentalnie. I dobrze mi z tym. Oj dobrze 🙂

 

PS: pisownia Dziedzica oryginalna 😉

Reklamy

3 lata i 8 lat później…

2

Czas płynie. Nic nowego. Nic odkrywczego.

Moje dzieci rosną. Szybko. Może za szybko. Ale przecież nie o to chodzi by je od tego wzrostu powstrzymywać. Wręcz przeciwnie – pokazać jak najwięcej – by mogły same zadecydować co je bawi, co interesuje, co jest nudne, smaczne i niesmaczne. To oddzielne byty. Moje byty ale oddzielne życia.

Dziedzic

19 stycznia w okolicach porannych ukończył 8 lat. Jest bardzo wygadany. Ma bogate słownictwo co często wykorzystuje przeciwko rodzicom. Jest nieuporządkowany. Chaotyczny. Jak typowy artysta malarz, którym nie wiem czy zostanie. Nie przywiązuje wagi do posiadanych rzeczy, pieniędzy i marek. Jest nadwrażliwy. Ma za dobre serce jak na dzisiejsze czasy. Wzrusza go rozpłaszczona mucha na chodniku. Uzdolniony matematycznie. Mało uzdolniony polonistycznie i jak ujęła jego pani w szkole z grupy ryzyka dysleksji. Ja od siebie dorzucam dysgrafię. Co nie martwi mnie szczególnie acz napawa lękiem nad pracą, która czeka jego i mnie przy okazji. Bardzo lubiany w szkole i klasie. Co mnie cieszy osobiście.

Blondyn. Niebieskooki. Taki mój. Mały. Ciągle bezbronny – w mojej czaszce oczywiście.  Pępowina odcięta tak dawno temu. Oddzielne życie. Jego życie. Mam nadzieje szczęśliwe. Zdrowe. Obyś synu spotykał tylko dobrych ludzi na swej drodze. I wiem, że to nie możliwe. Ale życzę z całego serca!

 

Spadkobierczyni

 

7 stycznia, po „trzech królach” wyszła z mego brzucha również w godzinach porannych. W przeciwieństwie do Dziedzica przyszła na świat w ciszy. Nie krzyczała. Bo i po co. Jak wszystko było w porządku.

W zasadzie dopiero teraz , no może do pół roku temu zaczęła mówić . Pełnymi zdaniami. Sensownymi. Wychodzi na to, że mam dwoje wygadanych dzieci. Nie przegadasz. Bez szans.

Jest dystyngowana. Uporządkowana. Każdy mikro okruszek wypatrzy w kudłatym dywanie nawet ten, którego ja świadomie nie zauważam od trzech dni. Zasadnicza. Uparta. Nieustępliwa. O obezwładniającym spojrzeniu. Cwana.

Blondynka. Niebieskooka. Taka moja. Mała choć już nie tak bardzo. Oddzielne życie. Jej życie. Szczęśliwe i zdrowe. Mam nadzieję. Obyś córciu spotykała tylko dobrych ludzi na swojej drodze. Z tymi złymi sobie poradzisz.

 

Od ponad ośmiu lat trwa moja wędrówka. Macierzyństwo. Trudna to wyprawa. Przepiękna. Ale wymagająca. Pełna wyrzeczeń, łez wzruszenia i łez bezsilności. Pełna dumy i wściekłości. Pełna doznań tak głęboko emocjonalnych i tak głęboko męczących. Pełna deficytu snu. Pełna przykurczu komór sercowych gdy patrzysz jak twe dziecko recytuje wiersz na dzień matki. Pełna chwil gdy ze wzruszenia nic nie możesz powiedzieć. Najtrudniejsza i najpiękniejsza wędrówka mego życia.

Życzę Wam – moje dzieci – aby nasza wspólna wędrówka zakończyła się sukcesem. Rośnijcie zdrowe, mądre i szczęśliwe.

 

 

 

Zabiegana

Ciągle chyba nie wyszłam z trybu wakacyjnego. Mimo, że w zasadzie kończy się październik ja mentalnie zostałam na początku września. Szaleństwo! Zgubiłam rytm i dobrze mi z tym. Gdzie mam się śpieszyć jak i tak nigdzie nie zdążę.

 

1.X.2017

Dziedzic poszedł do szkoły. Wrócił po wakacjach. Druga klasa. Siedem lat na karku. Jego drugie imię to Chaos. Mimo, że już nie jest pierwszakiem ciągle nie jest zorganizowany. Nie ma dnia, tygodnia by czegoś nie zgubił, zapomniał lub po prostu olał i nie poinformował mnie o czymś. Normalnym jest, że o szóstej rano Dziedzic ogłasza, że na dziś potrzebuje siedem pomarańczy i trzy wykałaczki do szkoły. Albo różańca albo słonia w karafce. W każdym razie czegoś czego ja nie mam pod ręką. Często po fakcie – gdy odbieram go ze szkoły – dowiaduję się, że moje dziecko było w kinie, na lotnisku lub gdziekolwiek ich pani zabrała. Nie wiem na kogo wyrośnie. Jakiś artysta z wielkim dystansem do wszystkiego kiełkuje pod mym pod dachem.  No nic to. Byleby zdrowy był i szczęśliwy. Ja resztę jakoś udźwignę.

 

Spadkobierczyni wróciła do żłobka. Dwa lata na karku. Ostatnia grupa. Nie pogadasz. Cwana. Niezbyt grzeczna. Mądra oczywiście. Robi tylko to na co ma ochotę. Wszystko inne nie ma dla niej znaczenia. Kolejna indywidualistka pod moim dachem.  Czy aby nie za dużo tych mocnych charakterów na jednym metrażu?

 

Kilka dni później……..

 

Stuknęła mi czterdziestka. Coś bezpowrotnie się skończyło. Nie wiem czy się cieszyć czy płakać. Za krótko jestem czterdziestolatką by mieć jakieś głębsze przemyślenia z tym związane. Bezsprzecznym jednak jest fakt, że to trochę dużo lat.  No doświadczenie i takie tam. Z drugiej strony czy nie lepiej być młodym i pięknym w trakcie zdobywania doświadczenia? Jestem w trakcie poszukiwania odpowiedzi.

 

Kilka dni później…..

 

Piętnaście lat minęło gdy w białej sukience i w welonie szłam pod ołtarz powiedzieć Tak. Nie wiem kiedy minął ten czas. Przecież to wiele dni, miesięcy a ja czuję zapach tamtej sali. Słyszę śmiech moich bliskich. Pamiętam doskonale niemal każdą minutę…

Na tą okoliczność postanowiliśmy wyjechać. Sami. Bez dzieci. Pierwszy raz od 19.I. 2010 mieliśmy siebie tylko dla siebie.  TYLKO! Zapomniałam jak może być super gdy jesteś sam na sam z (nazwijmy romantycznie na potrzebę chwili) ukochanym.

 

Praca

 

Zmienił mi się szef. W zasadzie szefowa. Nie wiem czym jest ta kobieta ale na pewno nie człowiekiem. Może krwiopijnym wampirem, hieną – czymś takim. W każdym razie od dwóch miesięcy próbuję odkryć w niej choć jeden pierwiastek człowieczeństwa i za cholerę nie mogę. Jak się nie zmieni to trzeba będzie szukać nowej bezpiecznej przystani bo w aktualnej odczuwam zagrożenie życia 🙂

 

 

Czas leci. Szybko. Z każdym miesiącem coraz szybciej. Czasem mam do wszystkiego dystans. Do dzieci, do męża, do pracy. Czasem w małości swej ludzkiej wpadam w jakiś korkociąg emocjonalny i czuję, że życie mnie przytłacza. Nadmiar wszystkiego. Oczywiście to mija.Czasem jak przeciąg, czasem jak powolny żółw.

I tak bujam się na tej huśtawce życia. Moje dzieci rosną.  Uczą się, rozwijają. I to jest najważniejsze. O reszcie pomyślę jutro 🙂

Co to znaczy gej?

Piątek. Popołudnie. Jeszcze nie piątunio ale już jest dobrze. Wybieram się z Dziedzicem na przejażdżkę rowerową. Trasa zaplanowana. Ruszamy.

Jedziemy. Rozmawiamy. O wszystkim i niczym jednocześnie. I nagle struny głosowe mego syna wydobywają pytanie: „Mamo a co to jest gej?”

Odruchowo pedałuję szybciej. Myśli się kotłują. Nie żebym z nim nie rozmawiała na trudne tematy. Nie ma pytań bez odpowiedzi tylko nie każda odpowiedź jest adekwatna dla siedmiolatka.

Zadaję pytania pomocnicze:

– A skąd znasz takie słowo? Gdzie to usłyszałeś?

Bez ciśnienia i złości. Zyskując czas na przemyślenia.

– Mamo ty mnie nie zagaduj tylko powiedz co to znaczy gej?

Moja odpowiedź:

Widzisz synu (kretyński wstęp – ale tak wyszło) mama kocha tatę a tata kocha mamę. Tak?

– Tak

Czyli innymi słowy zazwyczaj (Świadomie nie użyłam słowa NORMA) pani kocha pana a pan panią. Czasem bywa jednak inaczej. Pan kocha pana lub pani kocha panią. Wtedy taki pan nazywany jest gejem a pani lesbijką.  Jednym słowem nazywa się to wtedy homoseksualizmem.  Rozumiesz?

– Aha. Rozumiem.

Tak po prostu. Zazdroszczę prostoty przyjmowania faktów przez dziecko. Bez analizy. Bez oceniania.

– A skąd znasz takie słowo?

– Było w jednej kreskówce.

Oooooooo.

Dziedzic zrobił tego dnia cztery kilometry. Ja piętnaście.

 

 

 

Spóźniony wpis urodzinowy

No właśnie. Jutro minie miesiąc odkąd Spadkobierczyni skończyła dwa lata. Za trzynaście dni minie miesiąc odkąd Dziedzic skończył siedem lat. Ja piszę dziś. Matka Polka. Śmigło mi odpadło a doba skurczyła się niemal do zera. Ale jak to mówią – lepiej późno niż w ogóle.

Spadkobierczyni. Blondynka. Niebieskooka. Body language to ciągle główny sposób porozumiewania. Mówi pojedyncze słowa. Naśladuje kota, psa i krowę. I tyle. Dziedzic w tym wieku potrafił trafnie użyć przekleństwa, które zasłyszał od dziadka. Czekam cierpliwie aż zacznie mówić. Jej się nie śpieszy. Bo i po co? Skoro otoczenie dokładnie wie czego ona chce w danej chwili. Chodź, idź. Plus palec wskazujący, który od pokazywania wygina się już w drugą – nienaturalną stronę. Nie znosi nocnika. Ku mojej rozpaczy. Uwielbia jeść. Najbardziej nabiał. Mleko i sery w każdej ilości. Jest uparta acz dystyngowana. Nie wpada w furię tylko sukcesywnie wymusza. Wszystko. A! Uwielbia czekoladę. Najbardziej z całego stada lubi mamę (hura). Tylko mama może ubrać, uczesać , dać jeść, wyjąć z wanny itd, itd. „MAMI” krzyczy machając gniewnie ręką na ojca. I idę. Przygarbiona. Dźwigam kilkanaście kilo szczęścia. Realnie fajna z niej dziewczyna.

Dla porównania – choć dzieci się nie porównuje. Dziedzic w jej wieku mówił, używał nocnika, nie znosił czekolady. Bunt dwulatka w Jego wykonaniu był druzgocący. Wściekał się i gryzł. Potem płynnie przeszedł w bunt czterolatka, sześciolatka. Chwilowo przypomina człowieka. Miał fatalną koordynację – w porównaniu do Spadkobierczyni.

 

Dziedzic. Blondyn. Niebieskooki. Z dziurką w brodzie i jednym policzku. Uroczy. Mądry. Z szerokim zasobem słów. Bardzo! Jako dziecko jadł wszystko. Teraz je wybiórczo. Nie zje nic co jest zielone. Uwielbia czekoladę, której pięć lat temu nie znosił. Boi się ciemności. Jest wrażliwy. Płaczliwy aż do umęczenia. Zawzięty. Nieustępliwy. Nie potrafi przegrywać, choć już lepiej sobie radzi z porażką niż jeszcze dwa lata temu. Ale to chyba ma po tatusiu i chyba tak mu już zostanie. Lubi liczby, dodawanie i odejmowanie. Nie znosi pisać i czytać choć wbrew temu co sądzi naprawdę świetnie sobie radzi. Jest roztrzepany. Gubi swoje rzeczy – notorycznie. Co dzień czegoś nie przynosi ze szkoły. Trenuje piłkę nożną. Uczy się angielskiego. Zaczyna pływać. Uwielbia oglądać bajki i filmy (adekwatne do wieku). Lubi jeść niezdrowe rzeczy a ja ma na to od czasu do czasu pozwalam. Jest realnie fajnym chłopakiem.

Ich czupryny pachną inaczej. Inne rzeczy je radują. Ich oczy są inaczej niebieskie. Oddzielne Byty w Galaktyce. Moje Byty. Realne. Nieprawdopodobne, że to już siedem lat (i prawie jeden miesiąc) trwa moja przygoda zwana Macierzyństwem. Od ponad siedmiu lat niedosypiam , niedojadam, nie mam czasu na własne miejsce w moim własnym grafiku. Cały terminarz zajmuje praca i dzieci. No i obowiązki z tym związane. Od siedmiu lat biegnę ale jestem w tym biegu prze-szczęśliwa.

 

Życzę Wam moje dzieci : zdrowia i szczęścia. Obyście wyrosły na zadowolonych, dobrych i mądrych ludzi.

Mama.

Idą święta…

Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta.

Super!

Zamiast przygotowywać się duchowo, zamiast cieszyć się każdym nowym dniem – ja z językiem w tylnej części ciała próbuję nadążyć za przemijającym czasem. Ja wielokrotnie pisałam, że czas płynie szybko ale to co dzieje się teraz to istne szaleństwo. Ja nawet nie gonię własnego ogona. Ja go dawno połknęłam i jakimś cudem się nie zachłysnęłam. A szkoda. Odpoczęłabym choć minutkę.

Ostatnio – biorąc pod uwagę hiper prędkość czasu w moim życiu,  to pewnie ze dwa tygodnie temu – miałam okazję obejrzeć fragment tzw. śniadaniowej telewizji. Tylko fragment – bo ja nie mam w grafiku oglądania czegokolwiek. No w każdym razie bohaterkami rozmowy były matki Polki. Prawie to o mnie było z tym, że owe matki Polki były niepracujące.  Świadomie podjęły decyzję o wychowywaniu dzieci i prowadzeniu domu. No super. Każdy robi to co lubi. Nie każdego na to stać. Wracając do tematu – owe matki Polki były przedstawione jako prawdziwe bohaterki. Jaką to one wykonują ciężką pracę. Prasowanie, pranie, gotowanie – cała masa rzeczy. No i lekcje ze starszymi dziećmi.  Oj jakie one zapracowane.

Słuchałam tej rozmowy i czułam jak mi krew na skroniach zaczyna bić mocniej. O co chodzi? Zaraz, zaraz. A co ze mną? Co z matkami Polkami, które robią dokładnie to samo i jeszcze pracują w międzyczasie? I co więcej – NIE ZWARIUJĄ? Jedno jest pewne – porządek w moim domu a w ich domach (owych matek Polek) na pewno jest nieporównywalny. Ba! Prawdopodobnie w moim mieszkaniu jest tak wielki nieład, że owe matki Polki z telewizji doznały by omdlenia przechodząc przez mój próg.  Wszystko to prawda. Tylko po co emitować takie rozmowy. Zlitujcie się ludzie – autorzy programu. Zlitujcie się nad zapracowaną matką Polką.  To upadla moje morale. To wywołuje moją wściekłość. A to szkodzi mojej urodzie i co więcej jest czasochłonne więc proszę nie emitujcie takich bzdetów. Z całym szacunkiem – oczywiście – do bohaterek tej rozmowy.

 

No w każdym razie idą święta. Nie będę miała czasu na jakąś duchową, wewnętrzną pogadankę. Jakieś przygotowanie. Owszem wieczorne dziękczynienie w kierunku Niebios, że oto jestem matką – to tak. Zaraz potem jest natychmiastowe odcięcie zasilania i padam na poduszkę przyklejając się do niej mocno własną śliną. Na wypadek gdyby ktoś wpadł na idiotyczny pomysł, żeby mnie od tej poduszki odkleić. A! Ślina oczywiście nie jest zaplanowana jest wynikiem bezwładności mięśni twarzy.

 

W tej codziennej gonitwie coraz częściej słyszę wewnątrz mnie, jakiś ostatni jęk organizmu. Zwolnij. Powoli. Nie denerwuj się. Nie płacz. Nie jesteś NAD-zwyczajna. To, że udało się wyjąć z twej macicy dwójkę, zdrowych dzieci nie czyni cię BOHATERKĄ. Czyn cię matką. Cały grafik zapchany na dzieci i pracę. I pracę w domu – bo ja (nie wiem jak Wy) prac domowych nie traktuję jako relaks. O Nie! Prasowanie mnie nie odpręża, odkurzanie wkur…za, pranie stresuje. Nie ma ani jednej czynności domowej, która sprawiałaby mi przyjemność. No chyba, że kontakt z moją poduszką, śliną…. Ale to chyba nie czynność domowa?

 

W zabieganiu od kilku dni postanawiam, że z nowym rokiem to zmienię. Pojadę na basen. Sama – nie z dziećmi. Pojadę na angielski – mój. Nie Dziedzica. Książkę – no cóż – bądźmy realistami. To może w drugim półroczu nowego roku. Na razie zostanę przy książkach Dziedzica. Nie mój poziom zainteresowań – ale zawsze to książka.

 

Muszę odnaleźć siebie. Macierzyństwo całkowicie mnie pochłonęło. Wessało. Dobrze mi z tym – rzecz jasna. Ale. Ale chciałabym aby moje życie powróciło choć minimalnie do mnie.  Chciałabym raz, egoistycznie, zupełnie nie jak matka pomyśleć o sobie. Spokojnie zjeść. Spokojnie siąść. Zrobić cokolwiek bez pośpiechu. Pójść do ubikacji bez Spadkobierczyni – na przykład. Trochę intymności potrzebuję od zaraz.

 

Ja wiem, że to minie. Szybko. Szybciej niż mi się wydaje. Wiem, że będę za tym tęsknić. Tylko wtedy nie będę już aż taka zaganiana. Dzieci same pójdą na swoje zajęcia dodatkowe. Zamkną się w pokojach. Same odrobią lekcję. Same zrobią sobie kanapkę. Doleją soku. Wtedy będę pewnie tęsknić do dnia dzisiejszego. Gdy są zależne ode mnie. Spadkobierczyni bardzo, Dziedzic trochę mniej. Jednakże w pełni świadoma piszę, że potrzebuję więcej siebie w sobie. Więcej siebie dla siebie. Może to egoizm. Może instynkt przetrwania?

 

Potrzebuję odrobinę wolności. Trochę zapomnienia. Małej odskoczni. Spa umysłu. Czegokolwiek potrzebuję – by nie zwariować.